ABADDON

historia

dyskografia




ABADDON TOUR USA' 2003

NASZE PERYPETIE...

Kiedy późną jesienią a może nawet na początku zimy 2002 roku dostajemy informację, że jakiś koleś ze Stanów chce nam załatwić koncerty w USA, potraktowaliśmy to z przymrużeniem oka.
Im więcej czasu mijało, co rusz dochodziły do nas nowe, zaskakujące informacje. W międzyczasie zagraliśmy sporo "sztuk" w kraju i za granicą m. in. w Berlinie, Wałbrzychu, we Wiedniu.

W połowie kwietnia nawiązał z nami kontakt Bubell z Nowego Yorku, który oficjalnie zaprosił Abaddon na mini trasę po USA. W początkowej wersji mieliśmy zagrać 6-7 koncertów, ale ostatecznie stanęło na czterech.
Mimo wielkich obietnic i starań ze strony Bublla, byliśmy pełni obaw, czy uda nam się uzyskać wizy wjazdowe. Wiedzieliśmy przecież o wcześniejszych, dużych problemach innych kapel. Pojechaliśmy do Ambasady Stanów Zjednoczonych w Warszawie i.....dostaliśmy wizy wjazdowe. Hurrrrrrrrraaaaaaaa !!!!!!

Do Bydzi wracaliśmy w niesamowitych humorach, zdając sobie sprawę, że przed nami wycieczka życia - przecież mieliśmy zagrać jeden jedyny koncert w osławionym, nowojorskim, punkowym klubie CBGB.

Teraz, gdy wszystko było już załatwione, dopiero zaczęły się prawdziwe schody. Właściwie do ostatniej chwili nie widzieliśmy czy pojedziemy. Po prostu w ostatnim momencie wycofał się główny sponsor, przez co od razu legły w gruzach trzy duże koncerty w Conecticat, Ohio i chyba w Waszyngtonie. Lecz przede wszystkim nasz wyjazd stanął pod dużym znakiem zapytania. ???????

Jednak Bubell stanął na wysokości zadania i załatwił kasę na nasz przelot. O tym jednak dowiedzieliśmy się dopiero na kilka godzin przed wcześniej planowanym wylotem. Żeby było śmieszniej, to rezerwację na przelot udało się załatwić tylko na termin.... 13-go w piątek (sierpnia 2003). Ale cóż, jak trzeba to trzeba. Ok - no to lecimy !!!

PRZYJAZD DO STANÓW

W Nowym Yorku przywitał nas kolega Bubell i czterdziestostopniowy upał. Jednak nie to było dla nas pierwszym szokiem. Była nim potworna wilgotność powietrza, która zwalała nas z nóg. Każdy z nas w ułamku sekundy, zaraz po wyjściu z portu lotniczego, gdzie była klimatyzacja, był mokry. Czuliśmy się jak byśmy przebiegli po kilka mil sprintem a na koniec zostali oblani wiadrem wody, wcale nie zimnej. Dopiero teraz doceniliśmy przydatność klimatyzacji, którą w Polsce traktowaliśmy jak niepotrzebny dodatek do samochodów i innych urządzeń. Po dwóch godzinach jazdy samochodem (wg Bublla 40 minut) dojechaliśmy do jego posiadłości wśród skał i lasów w New Jersey.

"ZGASŁ PRĄD"

Była noc. Po jakimś niedalekim czasie od naszego przyjazdu, wyłączyli prąd i zgasły wszystkie światła w okolicy. Godzinę później nie działały również telefony. Po kolejnej godzinie przestały działać komórki. Kontakt ze światem przestał istnieć. Całe szczęście że była późna pora i nie doszło do paniki. Trzeba zrozumieć powagę sytuacji. W Stanach wszystkie dziedziny życia i gospodarki są uzależnione od komputerów, a jak wiecie bez prądu nie pracują. Również klimatyzacja przestała cicho szumieć, co bardzo szybko zaczęło dawać się nam we znaki. Doskwierała nam duchota i przemęczenie po długiej podróży, ale zasnąć nie mogliśmy. Dopiero nad ranem, kiedy upał ustąpił orzeźwiającemu chłodowi, zmorzył nas sen. Po za tym zmiana strefy czasowej, czyli w Polsce właśnie zaczynała się noc.

DZIEŃ PIERWSZY

Spaliśmy krótko bo około południa ponownie zaczął lać się żar z nieba i jedynym rozsądnym rozwiązaniem była szybka kąpiel pod prysznicem, lekkie śniadanie i zimne piwo. No, może nie tak zimne, ale jednak piwo. Wtedy właśnie po raz pierwszy w życiu mieliśmy okazję skosztować oryginalne amerykańskie "to coś" - bo piwem nazwać tego nie można. Na szczęście nie brakuje tutaj normalnych europejskich browarków, także polskich. Uroki tego miejsca doceniliśmy bardzo szybko, kiedy dzielnie dzierżąc w dłoniach pół litrowe kufle, wyszliśmy na taras. Tam zaczęły do nas podchodzić zupełnie bez strachu i całkiem bezwstydnie szare wiewiórki. Niedaleko przeleciał koliber. Dookoła był las i zarąbiste skały, jakich tam wiele. Po południu zwiedziliśmy najbliższą okolicę i pojechaliśmy do Nowego Yorku. Ogrom budynków, potęga wszystkiego, nawet reklamy zwaliły nas z nóg. W ciągu godziny wypstrykaliśmy kupę zdjęć, niejednokrotnie fotografując całkowicie beznadziejne miejsca i rzeczy. No, ale adrenalina robiła swoje. Byliśmy oszołomieni i szczęśliwi zarazem. Robiliśmy pierwsze zakupy. Wkrótce przyszła pora na Polskie Radio Nowy York, gdzie pracuje Bubell. Poznaliśmy większość ekipy radiowej i braliśmy udział w audycji na żywo. Abaddon przyjęto po polsku i noc spędziliśmy w tym sympatycznym miejscu. Aha, przypomniałem sobie o prądzie. Jak się okazało, była potężna awaria. Połowa Kanady i kilka stanów w USA nie miało w nocy prądu. Strasznie się baliśmy, czy zdążą usunąć usterkę do koncertu. Przecież nazajutrz mamy grać !!!!

Ale byli dzielni i naprawili. Chociaż raz zrobili coś dla Hard Core'a.

DEBIUT

Jeszcze nie zdążyliśmy się zaaklimatyzować, a przyszło nam grać pierwszy koncert na amerykańskiej ziemi w New Jersey na Irvington Street (przedmieścia NY).

Niewątpliwie 15.08.2003 roku przejdzie do historii naszego bandu, jako inauguracja "Tour de USA". Swoje gościnne podwoje otwiera dla nas klub Cricket, prowadzony nota bene przez Polaka. Jak się później okazuje bardzo w porzo gość. Około 18:00 czasu nowojorskiego na scenę wychodzi pierwsza polska grupa z NY "CRIME LAB" - grają tak sobie. Później smuci równie niepoważna amerykańska "MY BITTER END" . Następnie na dechy wychodzi amerykańska formacja "SOCIAL SIUCIDE" - grają ciężko, ale jednocześnie skocznie. Fajnie śpiewa też wokalista. Ogólnie wypadają do tej pory zdecydowanie najlepiej. Po nich pojawia się znowu polska kapela "GROZA". Jest to lokalna, nowojorska, wschodząca gwiazda młodej sceny HC-rowej. Naprawdę dają czadu...Wiara szaleje. Amok. Szkoda tylko, że wszystkie polskie kapele śpiewają wyłącznie po angielsku. Przychodzi kolej na "ABADDON". Wszyscy, którzy tu przyszli czekają z niecierpliwością, jak zagramy.

A my, no cóż - gramy swoje, choć muszę powiedzieć, że był to nasz najcięższy, pod względem grania koncert. Naprawę najcięższy koncert w naszej długiej historii. Upał i wysoka wilgotność powietrza podcinała nam skrzydła i szybko odbierała energię. Zagraliśmy godzinną sztukę, troszkę okrojoną, ale naprawdę brakowało sił. Na koniec był tyko jeden, czy dwa bisy i zeszliśmy ze sceny, bo byliśmy wykończeni. Ogólnie wypadliśmy bardzo dobrze. Po koncercie poznaliśmy wielu świetnych ludzi, którzy byli fantastycznie zaskoczeni naszym powrotem na scenę. Było także bardzo dużo młodych twarzy i ich dobre opinie najbardziej nas ucieszyły. W Crickecie posiedzieliśmy jeszcze trochę czasu, popijając piwo i pojechaliśmy do domu Marcina, u którego mieliśmy spędzić kolejną noc. Jak się potem okazało, mieszka - liśmy tam do końca naszego pobytu w Nowym Yorku.

POBYT...

Na miejscu poznaliśmy jego przesympatyczną rodzinkę tj. matkę, ojca i siostrę Magdę. Dzięki tej ostatniej zwiedziliśmy centrum Nowego Yorku i wszystkie jego ważniejsze miejsca. Widzieliśmy dziury po dwóch wieżach World Trade Center, podziwialiśmy Statuę Wolności (Statuę Nienawiści, jak mówią amerykańscy punkowcy - przyp. autora), zwiedziliśmy Katedrę św. Patryka, gdzie częściowo hospitalizowano rannych po tym pamiętnym i okrutnym zarazem zamachu terrorystycznym. Przeszliśmy przez większość najbardziej znanych dzielnic: Manhattan, Chinatown, Brooklyn, Soho, Harlem. Zwiedzaliśmy również polską dzielnicę. Najbardziej jednak podobało nam się w samym centrum, gdzie w ciągu dnia przewijały się tysiące kolorowych ludzi, różnych nacji. Wielkie wrażenie robiły na nas rozłożyste ruchome reklamy, ogromne biurowce i Rockefeller Plaza oraz cała ze złota rzeźba Prometeusza.

Po wyczerpującej wycieczce w smogu i upale schroniliśmy się przed jednym i drugim w Central Parku. Tam złapaliśmy oddech i siłę na powrót do domu. Marcin, brat Magdy, zdecydowanie preferował łono natury i każdą wolną chwilę wykorzystywał , aby pokazać nam naprawdę dziewicze i przepiękne miejsca. Cudowne i przede wszystkim czyste jeziora, w których dno widać na pięciu metrach, zaś podczas kąpieli podpływają do ciebie ryby, wcale się nie bojąc. Czy lasy, w których czarne łebki można ścinać kosą (dla zwykłego Amerykanina grzyb to pieczarka - przyp. autora). My w ciągu dwóch minut uzbieraliśmy pełną reklamówkę a następnego dnia na śniadanie zjedliśmy smaczną "jajówę" z grzybami wg mojego przepisu. W sumie to niewiele czasu spędzaliśmy w domu w New Jersey, choć warto o nim wspomnieć.

Pomieszczenie, w którym mieszkaliśmy wyglądało jak jakiś klub. Były tam fotele i kanapy oraz bar z dobrze zaopatrzoną lodówką. Mieliśmy także do dyspozycji kilka trzy litrowych flaszek wódki, whisky i innych specyfików wysokooktanowych. Na te ogromne flachy mówiliśmy "ucha", ponieważ każda miała szklany uchwyt, żeby nie wypadła z rąk. Zdecydowanie umilały nam one pobyt, a w szczególności długie wieczory. Trudno by było nie wspomnieć o amerykańskich samochodach. Tomek i ja wielokrotnie mieliśmy okazję sprawdzić ich klasę. Naprawdę są to super fury. Duże, wygodne i z potężną mocą pod maską. Każdy nasz wyjazd, to albo kieruje Tomas, albo ja. Nawet trasę do Chicago obydwoje kierowaliśmy, grubo ponad 1600 km w jedną stronę. Można było poczuć ten "amerykański way" i wiatr we włosach - było super !!!!!!

W Nowym Yorku odwiedziliśmy także polskie knajpy i polskie sklepy, w których także robiliśmy zakupy. Tylu gatunków polskiego piwa, które stały na półce, to w kraju nie widzieliśmy. Wyobraźcie sobie, że w samym centrum NY na Manhattanie piliśmy, na miejscu kupionego, bydgoskiego Kujawiaka.

DRUGA ODSŁONA

17 sierpnia 2003 to dzień, którym "Abaddon" ponownie koncertuje. Miejscem spotkania z publicznością jest brooklynski klub Exit na Green Point’cie.Tym razem mają zagrać cztery kapele. Wycho- dzą po kolei "Forgetting Tomorrow", "Regression", ponownie "Groza", no i oczywiście my. Pierwsze dwa bandy dają czadu i owszem, ale bez specjalnego polotu. Ich występ zapewne do historii nie przejdzie, ale na rozgrzewkę dla publiczności wystarczyło. Za chwilę miała wejść "Groza", a na scenę wpadła właścicielka klubu i melduje, że przerywa koncert bo jest za mało ludzi i w ogóle koniec. Od razu przypomniały nam się stare czasy "komuny" dwadzieścia lat temu w Polsce, gdzie z byle powodu, albo co gorsza zupełnie bez, przerywano punkowe imprezy. Fakt jest taki, iż tego dnia faktycznie było tylko około 150-ciu ludków, a to za sprawą właśnie tego niechlubnego miejsca. Sam "Exit" to bardo fajowy klub, ale muzyka, którą tam grają na co dzień całkowicie odbiegała od standardów HC-orowych. Po za tym taka impreza (punkowa) była organizowana w tym przybytku po raz pierwszy i panią właściciel chyba cała ta sytuacja przerosła. No cóż, wystarczyła krótka dyskusja i na chwilę wszystko wróciło do normy. Później jeszcze kilka razy dochodziło do przepychanek, również podczas naszego występu, ale kilka gorzkich słów o polskiej gościnności i że nie po to lecieliśmy tyle tysięcy kilometrów itd., pod adresem tej blond zdziry zrobiło swoje. Co prawda po koncercie nie uraczono nas małym zimnym z białą pianką, ale co tam, kupiliśmy sobie sami. Sam koncert wypadł dużo lepiej niż poprzedni, może przez to że muza "Grozy" nam się osłuchała na imprezie w Crickecie i lepiej wpadała w ucho, lecz przede wszystkim my zdążyliśmy się już trochę zaaklimatyzować. Wszechobecna wilgoć już tak mocno nie doskwierała, choć było ją czuć, a i upał nie robił na nas tak wielkiego wrażenia jak przez pierwsze dwa dni. Po prostu daliśmy ostro czadu i zagraliśmy o wiele szybciej niż na imprezie w New Jersey. Rozpoczęliśmy od kilku starych numerów, co rusz przeplatając je później nowymi. Była "Godzina krzywd", "Służba nie drużba", "Telemania" czy "Zbrojniacy". Bardzo podobały się nowe numery, co nas niezmiernie ucieszyło, ale prawdziwą satysfakcję przyniósł chyba piąty bis, po którym zakończyliśmy niedzielną imprezę.

RELAKS

Nazajutrz odpoczywaliśmy w "naszym" zaciszu domowym, korzystając z uroków leniuchowania i powolnego osuszania pozostawionych pod naszą wyłączną opieką "uch" whisky i wódki (mocno schłodzonej, nie mieszanej - przyp. autora hi, hi). Wieczorem przyjechał Bubell i przywiózł polską, cotygodniową prasę wychodzącą w Nowym Yorku, w której pisano m.in. o naszym występie w Crickecie i Exicie. Natomiast wtorkowy i najważniejszy dla nas koncert w osławionym CBGB zareklamowano, pozwólcie, że zacytuję:

"CBGB Hilley’ego Kristala przy Bowery Street 315 od ponad 27 lat jest miejscem, w którym posłuchać można nie nastawionego na komercję, undergroundowego mocnego brzmienia. Granie tutaj to wyróżnienie, doświadczenie i przede wszystkim dobra zabawa - tak dla publiczności, jak i wykonawców. Właśnie tu zagra we wtorek w nocy (11:30) jeden z bardziej znanych polskich zespołów punk-rockowych, Abaddon. Przed nimi wystąpi pięć kapel amerykańskich."

Ten krótki reportaż strasznie nas ucieszył i dodał otuchy. Także w anglojęzycznym The Village Voice znalazła się rozkładówka o naszym koncercie. Wypiliśmy z Bubllem toast, zdając sobie sprawę, zresztą nie pierwszy raz , jak wiele mu zawdzięczamy. Leżąc na fotelu i popijając drinka przyszła mi do głowy myśl, że jesteśmy pierwszym zespołem z Poland’u, który zagra w oficjalnym terminie i to w dodatku na końcu. Przed nami nikomu nie udało się wcześniej tego dokonać. No, może połowicznie Kazikowi z Kultem, bo oni zagrali w wolny poniedziałek. To jedyny dzień tygodnia, gdy może grać w CBGB każdy, kto się zgłosi tego dnia do klubu, zaś wstęp na koncert tego dnia jest bezpłatny.

W dwa miesiące później, na niekorzyść kultury punkowej z całego świata, klub CBGB przestał istnieć, bo w ramach rozwoju i dalszej modernizacji miasta, wyburzono całą ulicę. W miejscu tym powstanie kolejna nitka autostrady. Jak widzicie - mieliśmy ogromnego farta, że zdążyliśmy tam wystąpić.

CBGB

Od samego rana byliśmy lekko podenerwowani. Jednak mając świadomość doniosłości sytuacji, nie obyło się bez troszkę większej tremy niż zwykle. To, co od razu rzuciło nam się w oczy po przy - jeździe do CBGB, to jego wnętrze - całe wyklejone plakatami i nalepkami kapel, które w nim występowały. Nawet w toalecie nie było wolnego centymetra ściany czy sufitu. Wszyściutko obklejone. Oczywiście, my także nie omieszkaliśmy pozostawić pamiątki po sobie. Kilka godzin przed naszym występem przybyła spora grupa naszych fanów z dawnych lat. Pojawiła się także ekipa kolesi z Chicago, a wśród nich Piotrek z Polskiego Radia Chicago i Fred, u którego mieliśmy mieszkać podczas pobytu w tym "wietrznym" mieście. "Wietrznym" dlatego, ponieważ Chicago leży nad jeziorem Michigan (Kraina Wielkich Jezior - przyp. autora) i naprawdę wieje tam niemiłosiernie.

W CBGB jest taka zasada, że każdy zespół ma tylko pół godziny na występ i tutaj nie ma wyjątków. Spowodowane jest to tym, iż kapele czekają nawet kilka tygodni, aby dostać się na rozkładówkę. Przed nami występują: Gravy, Tommy Strasser, Sexdigital, Two Step to Infinity i Third Shift - wszystkie z USA. W końcu nadszedł nasz czas i rozpoczęliśmy od mocnego uderzenia kawałkiem "Przemoc i siła". Po nim idą kolejno same stare numery jak: "Kto", "III wojna", "Koniec Świata", "Wet za wet" czy "Rewolucja". Niestety czasu na nowe utwory zostało niewiele i zagraliśmy tylko gorąco przyjęte "Służba nie drużba" oraz "Zbrojniacy". Cały nasz występ został zarejestrowany i z tego materiału ma powstać płyta "Live".

Niestety, kolega Bubell spóźnia się z jej wydaniem (i to bardzo!!!) a nam pozostaje jedynie spokojnie(?!) czekać. Nasze interwencje mail’owe i telefoniczne nie przynoszą rezultatów, a nikogo z nas nie stać na ponowny wyjazd do USA i dopilnowanie wszystkich formalności. Szkoda.......

VIVA CHICAGO, VIVA FRED

Jadąc przez cztery granice stanów (New York, Pennsylvania, Ohio, Indiana, Illinois), pokonując trasę Nowy York - Chicago, po raz pierwszy w życiu poczuliśmy się jak prawdziwi "Riderzy", choć nie na motocyklach. W końcu pod wieczór dojechaliśmy do brzegu ogromnego jeziora Michigan i mogliśmy zażyć letniej kąpieli. Woda, jak na takie upalne lato była ogromnie zimna, chyba ze względu na jego wielkość. Do mety zostało nam plus minus 150 km. To bardzo niewiele, zważywszy, że pokonaliśmy odcinek prawie dziesięć razy większy. Poczuliśmy się, jak nad oceanem bez fal - tutaj także nie było widać horyzontu. Co dziwne, to ocean na wschodnim wybrzeżu, czyli Atlantyk jest dużo cieplejszym akwenem.

Późnym wieczorem docieramy w końcu do celu. Gdybyśmy tę samą trasę mieli pokonać w Polsce, zapewne zajęłaby nam dwa dni. W mieszkaniu u Freda wita nas miła niespodzianka. Po pierwsze wspaniała kolacja, po drugie grupa przesympatycznych osób - przyjaciół właściciela lokalu i po trzecie piękny taras na ... dachu, z którego widać panoramę całego Jackowa (polska dzielnica w Chicago). Tam przygotowano nam gorące przyjęcie w przenośni i dosłownie. Na szczęście do ostatniego koncertu pozostało trzy dni, więc bez obaw o formę mogliśmy pofolgować. Ta noc do innych jest niepodobna. Zawsze marzyłem o takim tarasie, kiedy w kinie czy w telewizorze oglądałem jak ludzie na nim odpoczywają i podziwiają panoramę miasta. I to piękne, gwiaździste niebo i tysiące świateł.

Viva Chicago, viva Fred.

OSTATNIA PRZYGRYWKA

23.08.2003 roku, Chicago, klub Cafe Lura na Jackowie - nie pamiętam ulicy. W środku miła atmosfera, pijemy polskie piwo, zupełnie nie czuć, że za trzy godziny będzie tu tak gorąco. Może śmieszy was nazwa lokalu, ale kawa w nim jest naprawdę ohydna. Zresztą sama właścicielka tego nie ukrywa. Jak twierdzi, kawę to ludzie mogą pić w domowym zaciszu, a u niej w lokalu mają sączyć drinki lub piwo, no, ewentualnie zimne napoje. Klub składa się z trzech sal: dwóch z barami - małej i dużej, oraz trzeciej bankietowej, na której odbywają się koncerty i większe imprezy okolicznościowe. Traf chciał, że przed koncertem spotkaliśmy dwóch kolesi na Harleyach z Bydgoszczy, którzy przyjechali na stulecie istnienia firmy Harley Davidson. Mimo, że byliśmy przecież bardzo krótko na obczyźnie, to miło było spotkać krajanów i w dodatku z naszego miasta.

Na godzinę przed koncertem w klubie jest prawie pełno. Zdecydowanie najwięcej publiki z wszystkich naszych dotychczasowych występów w Stanach Zjednoczonych. Przed nami gra kilka kapel z miasta i okolic, następnie wchodzi Groza i przychodzi kolej na tych, dla których tutaj wszyscy przyszli. W końcu wychodzimy na scenę i rozpoczynamy ostatnią sztukę. Atmosfera jest momentami bardzo, ale to bardzo gorąca. Czasami trzeba przerwać na chwilę granie, żeby poustawiać na miejsce za słabo zabezpieczone paczki (duże kolumny nagłośnieniowe - przyp. autora). Koncert trwa, gramy na przemian stare i nowe numery. Wiara szaleje, totalna zabawa, chóralne śpiewy, pogo i... niesamowity czad. Takiej atmosfery dawno nikt nie widział w Cafe Lura, jak ktoś stwierdził po koncercie. Bisom nie było końca, ludzie nie chcieli puścić nas ze sceny a i my niespecjalnie się z niej spieszyliśmy. Zrobił się prawdziwy koncert życzeń. W jednym ze starych kawałków, chyba w Rewolucji publiczność wzięła mnie do góry na ręce i przenosiła przez całą salę. Na szczęście miałem bezprzewodowy mikrofon. Gitary i perkusja zabijały dźwiękiem, hard core’owe rify porywały wszystkich. To było naprawdę wielkie wydarzenie. Po koncercie wielu ludzi nam gratulowało - pełen sukces. Byliśmy bohaterami wieczoru.

KOŃCÓWKA

Następnego dnia pojawiliśmy się w Polskim Radiu, gdzie odbyła się z naszym udziałem audycja na żywo. Jeszcze raz mogli nas posłuchać fani z Ameryki.

Teraz mieliśmy też czas na zwiedzanie, odpoczynek i zabawę. Nieuchronnie zbliżała się chwila powrotu do domu. Ostatnie zakupy, pożegnania i ..... lecimy do kraju, gdzie czekają na nas nasze cudowne rodziny. To była wspaniała wycieczka, być może wycieczka życia. Mamy wszyscy nadzieję, że jeszcze tam wrócimy.

kiki


:::e-mail::::dada.terra.pl on terra soundtralis incognita::::