Wywiad z Krzysztofem Kainem Maym został opublikowany w dwumiesięczniku "Arlekin" nr 8 (2/2000). Ogromne dzięki dla chłopaków z "Arlekina" za zgodę na jego zamieszczenie na mojej stronie i za podesłanie tekstu!

zob. infomracja o 'Arlekinie'

WYWIAD Z KRZYSZTOFEM KAINEM MAYEM

zob. infomracja o 'Arlekinie'

Poniżej możecie przeczytać sobie, jeśli tylko macie na to ochotę, wywiad z Kainem Mayem - jednym z bardzo niewielu profesjonalnych (cokolwiek to znaczy) artystów, którzy utrzymują dość ścisły kontakt ze sceną niezależną. Ale bynajmniej nie z tego powodu chciałem Krzyśka wypytywać. Chodziło mi bardziej, o jego współpracę z KOSMETYKAMI MRS. PINKI i jego zaangażowanie w muzykę w ogóle, czyli miała to być malutka reminiscencja lat 80tych. Usiłowanie odtworzenia na krótką chwilę klimatu panującego wtedy, w praszczurach sceny niezależnej. Nie mam pojęcia, czy się to udało. Wywiad (?) jest już nieco odleżały, ale myślę, że nie zdezaktualizował się nawet na jotę. A to, że wygląda on może nieco inaczej, niż wywiady wyglądają zazwyczaj (mniej niż rozmowa, a bardziej jak monolog), możecie zrzucić na karb mojego bałaganiarstwa (pytania się zgubiły...) i lenistwa (...ale przecież mogłem je zrekonstruować). Adijos! (wrona)

Sie masz Wrona! Bez zbędnych ceregieli zaczynamy od pierwszego pytania ten list kontynuować. Mój pierwszy skład ? Nie miałem nigdy żadnego składu (chodziło mi zdecydowanie o skład chemiczny, no ale niech tam - wrona), bo sam sobie jestem składem. Nigdy nie grałem w kapeli - zawsze trzymałem się pędzla. Droga prosta jak krecha pędzlem na czymkolwiek. Umaczanym w farbie oczywiście. Trzeba sobie jakoś radzić i żeby nie było tak smutno, jak to ma większość malarzy na początku (no bo sława nie przychodzi przecież, jak się siedzi i się o niej myśli, tylko trzeba coś robić, prawda?). No więc chciałem zostać gwiazdą rokendrolową, ale ponieważ jazda gitarowa była dla mnie tylko czymś odległym, bo z głośnika płynącym, a pędzel trzymałem w ręku od dawna... No i tak jakoś spotkałem KOSMETYKI w galerii "Brama", i tak jakoś z KOSMETYKAMI poszło. Oni tam sobie próbowali. Rzempolili po zamknięciu galerii, a ja przychodziłem do nich i gadu gadu... Sama się wymyśliła konwencja występów, bo happeningi to nic nowego. Wielu różnych, poczynając od dadaistów, a pewnie i wcześniej, na dworach, przy jakichś wieczorkach kwartetów smyczkowych, jacyś malarze malowali jakieś księżniczki. Jak np. hiszpańska rodzina królewska pozowała Goi albo Velazquezowi, żeby im nie było smutno pewnie coś tam przygrywała jakaś kapela. Teraz czasy szybsze to trzeba szybciej malować i w związku z tym, na takim 20 minutowym koncercie KOSMETYKÓW, robiłem 4 duże obrazy, które od razu trzeba było podrzeć i wyrzucić w publiczność na przykład. Czasami publiczność odrzucała i tak jakoś było. To było dawno temu, bo gdzieś tak w 1984-85 roku. Ale jeszcze wcześniej, w 1983 albo 1984 roku, taki zespół KATARYNKI XX WIEKU powstał w galerii. Wtedy jeszcze Sławek Starosta nie umiał grać, tylko sklejał sobie coś z taśm. W ogóle, to używał "Casio" za 20 tysięcy ówczesnych złotych. Robiliśmy wtedy innego rodzaju happeningi... Następne pytanie - co robią dzisiaj ci wszyscy ludzie. No, Sławek Starosta, wiadomo co robi (jest twórcą i redaktorem naczelnym bodajże "Mena" i "Nowego Mena" - pism dla homoseksualistów, i mocno działa w ruchu gejowskim - wrona). Ja jestem malarzem i scenografem także. Jeszcze taki jeden facet zapisał się do Legii Cudzoziemskiej i gdzieś wsiąkł - już dawno o nim nie słyszałem. Drugie pytanie - jak..? W galerii poznałem ludzi z KOSMETYKÓW. Sławka, który nie był jeszcze wtedy ludźmi z KOSMETYKÓW też w galerii poznałem. A wszystko to, co działo się między mną a KOSMETYKAMI, działo się ot tak, niechcący. Ale naprawdę, na początku lepiej mi się to robiło z nimi. Im dłużej robi się takie rzeczy, jakie robiliśmy, czyli malowanie do muzyki, czy muzyka do malowania, tym gorzej to wszystko idzie, ponieważ wpada się w rutynę na przykład, i jakby zatraca się sens tych pierwotnych manifestacji. Jeśli się maluje całe życie, to jest to co innego. Jeśli przez całe życie gra się muzykę, to też jest co innego. Ale jeśli się stwarza hybrydę malarstwa i muzyki, to jest to coś zupełnie innego i nie ma prawa dłuższego pobytu na tym świecie. Była kiedyś taka kapela - PRAFFDATA się nazywali. Oni zaczęli robić taki happening, bo faceci młodsi byli i zadebiutowali w innych warunkach, kiedy już kluby dały pozwolenie na funkcjonowanie takich odjazdowców u siebie. Pamiętam, że w 1981 roku dzwoniłem po domach kultury i pytałem, czy grają u nich zespoły, które nie mają długich włosów (śmiech). W ten sposób chciałem namierzyć jakiś punkowy zespół. Różne odpowiedzi dostawałem. Później jeździłem po tych domach kultury i za cholerę nie mogłem trafić na nic. A dlaczego? Bo to było sztuczne. Później galeria "Brama" powstała, a właściwie reaktywowała się, bo to bardzo stara galeria, jeszcze z lat 60tych, i samo się narodziło to, do czego z tak wielkim trudem, trochę sztucznie, chciałem dojść czyli poznać jakichś muzyków. W latach 70tych znałem muzyków, ale... W 1979 próbowałem pisać pracę z tematu... Nie pamiętam tytułu, ale w każdym razie chodziło o brutalność w sztuce. I była tam muzyka, a w tej muzyce, już w 1979, pamiętaj (śmiech), o punk rocku pisałem. Nie udało mi się do końca tego dopisać (śmiech), ale w ten sposób, ponieważ zacząłem regularne studia nad punk rockiem, na podstawie wycinków prasowych i jakiejś tam korespondencji z "Brava" niemieckiego czy czegoś podobnego, dowiedziałem się, że jest punk rock. Dotarło to do mnie, tak jakoś zygzakiem i pewnie od tego momentu zaczęło się moje oddalanie od bluesa, którego uprzednio byłem wielbicielem. A! Jeszcze kiedys słyszałem w audycji bluesowej, u kolegi Manna taki zespół z Nowego Jorku - NINE BILLOW ZERO się nazywali. I oni zrobili kombinację punk rocka i bluesa. Tak Mann ich określił. I to słychać było zresztą, że to taki niechlujny rock'n'roll. No... I moja transformacja zaczęła się końcem lat 70tych. Później zacząłem chodzić do "Remontu". Pamiętam, że kiedyś czytałem tam z kartki tłumaczenia tekstów JOY DIVISION. Długie, pokraczne i zdaje się dosyć ciężkie. W każdym razie ludzie, z wypiekami na twarzy, to sobie pożyczali i przepisywali... No dobra, dalej. Jak ta wasza współpraca funkcjonowała, skoro ludzie z KOSMETYKÓW mieszkali z Zduńskiej Woli - to było trzecie pytanie. Ha! Ludzie z KOSMETYKÓW wcale nie mieszkali w Zduńskiej Woli, bo wszyscy studiowali w Warszawie. Jeden Kulda był nawet filozofem z wykształcenia i chyba nawet skończył tą filozofię na Ateku warszawskim. Dobra. A teraz pytanie czwarte. Powiedz mi... Powiem ci. No po prostu, happening to jest happening, prawda? Czasami był happening czyli malowanie na żywo, albo darcie lub tam rzucanie ulotek, albo tylko wieszanie sztandarów czyli robienie scenografii koncertowej. O! Jak już jeździliśmy w trasy to ja jeździłem z dużym workiem, w którym miałem kilkanaście sztandarów. Sztandary to malarstwo na kolorowych materiałach - nie mylić z patchworkami. Jeżeli widziałeś kiedyś sztandary Hasiora to masz w zbliżeniu porównanie. Z tym, że Hasior tam przypinał a to grabie, a to koło, a to jakąś laleczkę z widelcem w oczach, a to coś innego, a to jakiś obraz za szkłem. A ja tylko kilkukolorowe materiały i oczywiście jakiś ekspresyjny rysunek. Do tego jakieś hasła. Albo całkiem po malarsku traktowałem tę materię. W każdym razie wieszało się to na scenie i scena wyglądała za każdym razem inaczej. Wyobraź sobie trochę koloru... Piąte pytanie. A nie! W czwartym pytaniu było coś takiego, "czy ta muzyka była dla ciebie inspirująca" .Dla mnie była inspirująca, chociaż nie była to jakaś awangarda, Hawkwind czy inna psychodelia. Po prostu, rock jest rockiem, prawda? I jeśli miałem taki zestaw dźwięków pod ręką i w ten sposób zaprzyjaźnieni ludzie mnie traktowali, to ja byłem szczęśliwy i oni do pewnego momentu też. Ja byłem szczęśliwy bo mogłem się wykazać i przynależałem do czegoś. Wtedy jeszcze była mi potrzebna przynależność do jakiejś organizacji (śmiech). Kosmetyki też były taką organizacją. KATARYNKI XX WIEKU przedtem, to był taki krótki wypad w stronę muzyki. Później te wszystkie moje współprace z różnymi zespołami, polegały mnie więcej na tym samym, co z KOSMETYKAMI. Przeważnie zrobić jakąś scenografię już przed koncertem i zostawić ich w spokoju, żeby sobie zagrali. Ale to najwłaściwsza rola dla scenografa, który coś tam robi w teatrze i traktuje go, jako formę wyżycia się i źródło ekspresji także. I miejsce ekspresji, oprócz malarstwa. Co za różnica, czy to będzie dla zespołu rock'n'rolowego czy w teatrze przy jakimś przedstawieniu dla dzieci. Tzn. zmienia się koncepcja, konwencja i wszystko inne się zmienia, oprócz tego, że ja po prostu pracuję nad tym osobiście. W teatrze jest o tyle lepiej, że ja mogę wymyślić jakąś fantazję, a zespół specjalistów, czyli: stolarzy, ślusarzy i innych malarzy, zrobi to pod moją kontrolą. A ja do tego swój znak autorski przyłożę, wiesz. Znów tam coś po staremu na jakimś parawanie namaluje, zrobię jakieś malarstwo, które na horyzoncie, w tle, będzie można zobacz Po prostu takie rzeczy, jakich żadna pracownia nie zrobi tak, jak autor sam. A teraz mam powiedzieć, ile zmalowaliśmy tych koncertów. Robiliśmy "trasy". Po prostu. jeździliśmy sobie mercedesem w jedno, dwa miejsca. Bo w trzy miejsca naraz, to nigdy nie było. Gdzie był najfajniejszy? Najfajniejszy to był chyba w Jarocinie ('85?). I to z paru powodów. Jeden jest nawet historyczny. Pewnego razu przyszedł do mnie dziennikarz do "Sztandaru Młodych", gdzie się na co dzień udzielam się jako rysownik. Znalazł mnie i opowiedział, że jak miał 19 lat i był w Jarocinie, to zobaczył takiego faceta, ubranego w biało niebieską piżamę z dużym czarnym winklem, tam, gdzie powinien być, i jakimś napisem na plecach, który zamalowywał coś tam i wyrzucał to później w publiczność. I on z tym obrazem chodzi do dzisiaj. I porozmawialiśmy sobie krótko, o wędrówkach ludzi i dusz. Właśnie w tym Jarocinie było fajnie, bo np. wymyśliłem taką armatę - miałem tam jeszcze z efektami specjalnymi do czynienia - wkopaliśmy taką rurę w ziemię, odpaliłem i wyleciały ulotki w powietrze, z wielkim hukiem, jakby ktoś bombę zdetonował. Walter na to pozwolił jednak. A później ja się przebrałem w tą biało niebieską pidżamkę, wszedłem na scenę, no i tam mazałem. Nawet czapeczkę biało niebieską miałem na głowie. No i wtedy Walter przyleciał do mnie i powiedział żebym się rozbierał, bo będą nieprzyjemności - nie z jego strony. Ale ja i tak byłem taki spocony, że to wszystko zą mokre było. Siku mi się chciało przed koncertem i chyba to wszystko wypociłem w moje przebranko. Kiedyś przebierałem się za księdza - teraz już się nie przebieram. Eee... Nikt we mnie nie rzucał żadnymi pomidorami - raczej było odwrotnie. Kiedyś mieliśmy koncert z wódką na scenie i dziewczyny, bo dziewczyny są śmielsze, pchały się, żeby posiedzieć na kolanie i wódki się napić. A co robiłem z obrazami? Nic nie robiłem, bo po prostu namalowałem to, podarłem i wyrzuciłem najczęściej. Kiedyś, jak byliśmy na koncercie, ale to już z BALKAN ELECTRIQUE, to znowu dziewczyna wlazła na scenę... BALKAN był kiedyś inny. Nie taki dyskotekowy. Raczej 4AD przypominali, jak ta Fiolka te swoje wokalizy, nie po bułgarsku wcale, śpiewała. Jak Cocteau Twins, tyle, że ze wstawkami bułgarskimi, żeby było dziwniej. Jedna Niemka, podczas koncertu podeszła do mnie i udarła kawałek obrazu, mówiąc z angielska, że może kiedyś będę sławny i jej się to przyda. Dałem jej autograf nawet. A Kasia Kulda (wokalistka KOSMETYKÓW, siostra Darka Kuldy - gitarzysty i wokalisty - wrona)? E tam... Jeśli słuchałeś tych nagrań, to wiesz jak ona piszczy, prawda? Kulda była taka sobie. Bezpłciowa i bezbarwna. Trzymała się z boku, albo brat ją trzymał Poza tym miała swojego chłopaka, który kształcił się na lekarza i nawet jeździł z nami czasami, i jej pilnował. A teraz ma dzieci, tego męża - lekarza a sama jest nauczycielką w Zduńskiej Woli, bo wszystko się na powrót do Zduńskiej Woli przeprowadziło. Oprócz dwóch, bo jeden został hare krishna, pod Warszawą, w Mysiadle,. a drugi jest kierownikiem do spraw muzycznych w Radiu Zet i rządzi... Pan Jagielski (Wojciech Później zabłysnął jako wampir, w swoim programie "Wieczór z wampirem", w RTL7. W KOSMETYKACH grał na perkusji - wrona).nie skończył medycyny ale się wykierował na innych ludzi. Co tam jeszcze... Co tam się dzieje np. ze Starostą. Starosta jest redaktorem miesięcznika dla pedałów i ma tam jakieś sklepy z akcesoriami wiadomymi. Drugi basista został chyba jakimś dźwiękowcem w Topkanale. Kto tam jeszcze został do wymienienia...Już nie pamiętam, w każdym razie wszystko się rozpuściło. Ósme pytanie - jako to się stało, że się skończyło? No po prostu chyba tak, że niektórym gwiazdorstwo uderzyło do głowy. Starosta z WAŃKĄ WSTAŃKĄ się zjednoczył na jakiś czas i do Rzeszowa jeździł częściej, niżby to wypadało na kogoś tylko współpracującego z innym zespołem. Już nie miał czasu po prostu. A poza tym studia się skończyły i taki Kulda na przykład, musiał wrócić do domu, do Zduńskiej Woli, bo nie miał co robić w Warszawie. A tutaj granie się nie kleiło. Nic nie wychodziło. Ani jednego singla ni nagrali, chociaż w studiu u Waltera bardzo dużo czasu zmarnowali. Nagrali co prawda 4 utwory, ale zupełnie inne od tych, które na scenie było słychać. Największą wartość mają jednak ich koncertowe nagrania z Jarocina. I nawet jeżeli cały ten nasz skład brzmiał jak TALKING HEADS, to i tak, z perspektywy czasu brzmiał najlepiej. Nie ma się co czarować. Dziewiąte pytanie...Aaa! Czerpałem jakieś satysfakcje pozaestetyczne również! Oczywiście, że były profity materialne. W końcu jeździliśmy na trasy za pieniądze i jak każdy członek zespołu, otrzymywałem ich trochę, hehe. Nie pamiętam już dobrze tamtych czasów, ale pamiętam, że raz w filmie zagraliśmy. W "Tulipanie" bodajże. Taki serial telewizyjny, o facecie, który uwodził babki. No i nawet przez moment widzę tam siebie, ale ten kretyn, który to montował, pokazał, jak się nad czymś schylam, ale nie pokazał już nad czym i co maluję. A ja wolałbym na odwrót. I zespół też tam fragmentarycznie jest pokazany. Właściwie to nie wiadomo, po jakiego grzyba ja tam jestem. Tak stoję i widać, że coś maluję, ale tak, jakbym ścianę malował. Dostaliśmy wtedy po 5 tysięcy złotych na głowę. W 1986 roku. Za benzynę do mercedesa się zwróciło, no i przygoda filmowa to też coś (śmiech). Ale tylko jedna. Co dalej... Tabuny nastolatek? E tam... Nie było żadnych tabunów. Jak byłem z BALKANEM, to były większe tabuny. Nie, za nami nie jeździły. Może niektórzy z nas brali sobie na trasę jakąś dziewczynkę... Do mnie więcej ludzi pisało i niektóre z tych znajomości zostały po dziś dzień. Ty też jesteś w jakimś sensie jednym z tych dziedzictw, z tym, że to już raczej z KOSMETYKAMI nic wspólnego nie miało, a z Mail Artem raczej. Bo w międzyczasie robiłem sporo innych rzeczy. Np. ta gazeta mail artowska co wyszła. Podałem swój adres i to zaobfitowało eksplozją korespondencji, po której nie mogłem się pozbierać przez jakiś czas. Od tego czasu, aż do tej pory zostało mi odpisywanie na listy w pociągach. Bo jeżdżę po dziś dzień i nawet tak się czasami zdarzało, że gazetę w pociągu składałem czy gdzieś na wyjeździe. I dziesiąte pytanie... Tak. Działałem z WAŃKĄ WSTAŃKĄ, ale sporadycznie. Po prostu zrobiłem im okładkę do płyty, która nie wyszła, okładkę do kasety, która wyszła, i ze dwa razy udekorowałem ich, na małych scenach rzeszowskich. " Patrząc przez pryzmat muzycznych aktywności, jak ja oceniam to, czego dokonałem na scenach tego świata". A co ja mogę oceniać? Ja po prostu szukałem sobie doświadczeń. Później, kiedy na firmamencie zaczęła się objawiać scena, pt. scena niezależna, anarchia, itd., też coś tam robiłem dookoła Warszawy. Taki zespół młody, DZIECI W SZOKU (serdecznie pozdrawiamy przy okazji - wrona), zechciał się ze mną poznać, i jak się już poznaliśmy, to właśnie pod tym kontem się zaprzyjaźniliśmy. No i moje zainteresowanie tą sceną, zaowocowało też współpracą z "Mać Pariadką". W "Maci" jest dużo komiksu, więc dla grafika to gratka. Niedługo "Mać" ma wydać większy album z większą ilością komiksów, i ja, zdaje się, będę tam miał kawałek o Van Goghu. Jeśli to wszystko dojdzie do skutku. Módlmy się, żeby doszło, bo komiks o Van Goghu niesie przesłanie bardzo ważne dla współczesnego świata, który jest sprzedajny, komercyjny i ogólnie do bani. Co jeszcze... "Fugazi" było w Warszawie przez rok mniej więcej i straszną chryją się skończyło. I ja tam ściany malowałem, bo ten koleś od "Fugazi", który to wszystko odkrył i zorganizował, najmniej winny, ale najbardziej obciążony, bo wszystkie długi spadły na niego (chodzi o upadek "Fugazi" - wrona), dzwonił do mnie i mówił, że mu się podoba to, co robię, i żebym mu jakieś prace pokazał. Ale ja wolałem tam ściany pomalować. W ubikacjach zrobiłem parę frezków. Bardzo mnie rajcowało malowanie w ubikacjach. I damska, i męska, były przeze mnie dokładnie obmalowane. Tyle, że to wszystko miało krótkie nogi, a szkoda. Dwunaste pytanie jest o Jarocin. To była po prostu impreza salonowa. Walter miał jednak kawałek ucha i wszystko, co trudne i ambitne, pokazywało się na tej jednej, dużej scenie, a jak było bardziej amatorskie, to wiadomo - w amfiteatrze. I było dobrze. I takie sławy, które gdzieś przepadły, jak VARIETE, MADE IN POLAND, AURORA, czarowały tymi swoimi długimi dźwiękami. I do tej pory mi to zostało, z tym, że przerzuciło się na ambient, trans. Słucham też muzyki dużo starszej. Starszej, niż cała nasza cywilizacja do kupy wzięta. Ale to ma korzenie w tamtych klimatach. Rozłożyć się na łączce patrząc w niebo... Chciałbym tak znowu dzisiaj, z tym, że dzisiaj nie stać mnie na jeżdżenie na jakieś tam imprezy. Na łączce mogę poleżeć nawet i bez muzyki. Poza tym szum nocy, gdzieś na trawniku, nawet miejskim, gwiazdy nad tobą, kontemplacja nieba w całym jego majestacie, jest też dużym przeżyciem. Teraz, kiedy jeżdżę na wakacje, to wiesz, wstaję o 5 rano, idę nad morze i patrzę jak dzień wstaje, i świeżość poranka, nie zmarnowana jeszcze, przez dzień, ożywa. Tak, panie dzieju...

Myślę, że to wszystko wcale nie było, nie minęło. Bo albo coś jest w nas i trwa, albo nie warto o tym pamiętać, jako o wspomnieniu. W moim przypadku przeszłość się jednak nie skończyła, bo chociażby ty jesteś w jakiś sposób kontynuacją tego, co się w moim życiu muzycznym wydarzyło. Jednak mam kontakt z ludźmi, którzy pamiętają mnie z tamtego czasu i przerodziło się to w ogólne działanie - nie sceniczne, bardziej poza sceną. Ot, choćby takie pisywanie do ciebie, kontakty z "Mać Pariadką"... Jest widomy znak rozprzestrzeniania się zjawiska pt. anarchia Krzysztofa Kaina Maya - na zewnątrz, a nie w jego umyśle. Reasumując - bo jeszcze trochę miejsca na taśmie zostało - te moje włóczęgi po światach niezależnych zaowocowały tym, że nadal nie mam ochoty sprzedawać się całkowicie komukolwiek za cokolwiek. Nie mam ochoty się skomercjalizować, jak cały ten świat dookoła.


POWRÓT NA GŁÓWNĄ STRONĘ KONTROLA W./KOSMETYKI MRS. PINKI
POWRÓT NA GŁÓWNĄ STRONĘ DADA'S MUSIC PAGES

:::e-mail::::Dada's Music Pages on terra soundtralis incognita::::sounds::::